Z obawy, że lato nie zechce się z nami rozstać, postanowiliśmy godnie pożegnać tę piękną skądinąd porę roku.
Zgromadziliśmy cały szkolny ludek na boisku, o 10:00 przed południem. To była widoczna część imprezy – wcześniej w klasach odbyły się zmagania na temat: Jak przykleić kilogram kasztanów klejem roślinnym (sic!) do papieru? lub: Jak zrobić latawiec, jeśli nigdy się tego nie czyniło, a instruktorem zajęć na ten dzień została polonistka? Wróćmy jednak na boisko.
Wszyscy ubrani w jesienne kolory – niejeden operator sieci, gdyby o tym wiedział, miałby darmową reklamę – zostali oficjalnie powitani. Dowiedzieli się też, dlaczego w tym dniu ich obecność jest ważniejsza tutaj, na świeżym powietrzu, a nie w klasach. Następnie młodsi pogrążyli się w chaosie zabaw, baniek mydlanych, pieczonych jabłek i ziemniaków, starsi zaś wyruszyli po mimozy. Trąciło to trochę klimatem wyprawy po złote runo, kwiat paproci albo wodę życia. No, przynajmniej dla uczniów, bowiem ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało… mimozy. Dobrze, że przewodniczki przeszły odpowiednie szkolenie i wiedziały, czego szukać. Dość bezładną, ale kolorowo odzianą i wesołą grupa ruszyliśmy na łąki za szkołą. Po jakimś czasie ten radosny spacer przerwał dramatyczny okrzyk jednego z uczestników wyprawy:
- Proszę pani, tam ktoś leży!
- I nie ma głowy!- dodał drugi.
Czyli jak u Hitchcocka: dramatyzm narastał. (Przynajmniej grupa się zatrzymała, bo do tej pory młodzi mieli nauczyciela-przewodnika w tyle, tzn. z tyłu). Po stwierdzeniu, że to mieszkaniec Lubania i że odpoczywa po wyczerpującej konsumpcji wody niekoniecznie mineralnej ruszyliśmy dalej, postanawiając poinformować Straż Miejską. Aha, głowa była, tylko zakrywały ją liście.
Zebraliśmy mimozy, a tak naprawdę nawłoć kanadyjską, pospolicie nazywaną mimozą, i ruszyliśmy do szkoły. Mieszkaniec Lubania odpoczął najwidoczniej, bo go już nie było. Wracaliśmy z pękami zielska i poczuciem spełnionej misji. Aż tu nagle na ostatniej prostej krzyk:
- Proszę pani! Biją się!!!
Rzeczywiście, dwóch okładało się pięściami z energią godną Mike’a Tysona. Tłukąc się, wpadli przez furtkę na cudzą posesję! Właściciel z widłami albo siekierą, amstaff, nie, dwa amstaffy i rottweiler – tyle w ułamku sekundy zobaczył nauczyciel. Widocznie jednak funkcjonariusz państwowy, mający pod opieką dzieci, dobiega do furtki szybciej niż autor hasła: Ja tu pilnuję. Za odzienie „bokserzy” zostali przetransportowani na właściwą trasę. Za chwilę byliśmy w szkole. Dalsza część imprezy przebiegła pod hasłem zmagań sportowych i przegryzania pieczonych smakołyków. Lato na rok mamy z głowy. Się napatrzyło i przez jakiś czas nie wróci.
Baby Lato
Ps. Wszelkie podobieństwo do zdarzeń i osób rzeczywistych jest przypadkowe i niezamierzone.